Ulice Fianarantsoa to targowisko, miejsce spotkań, plac zabaw, stanowisko pracy, toaleta. Na ulicy ludzie spędzają całe dnie. Niektórzy całe życie, bo nie mają domu, mieszkania czy pokoju. Nie stać ich na wynajem. Nie mają pracy. Nie mają możliwości, żeby zmienić swoje życie.

Gdy rodzina jest liczna, a mieszkanie małe, to… dzieci śpią na dworze. W jednym z domów było pięcioro rodzeństwa, trójka starszych chłopców spała na ulicy. Spali razem, przytuleni do siebie, bo noce bywały zimne. Pracowali dorywczo. Pewnego dnia trafili do Domu Magone, gdzie wsparcie otrzymują dzieci ulicy. Mają teraz 18, 16 i 14 lat. Gdy zachorował ich tata, pomagali rodzinie.

Żyją bez domu

Bieda jest głównym powodem życia dzieci na ulicy. Poza tym nałogi, przemoc, wykorzystywanie. – Rodzice wysyłają swoje dzieci, żeby żebrały. Najwięcej widać chłopców, ale dziewczynki też są. Chodzą grupami, tam gdzie znajdują się sklepy dla zamożniejszych – wyjaśnia ks. Tomasz. W jakim wieku spotykacie najmłodsze dzieci? – Mają nawet 5-6 lat. Bezdomne dziewczynki i chłopców spotykamy głównie w dwóch dzielnicach Antarandolo i Ampasambazaha. Widać ich na rondach i w okolicy stacji benzynowej, sklepach. Gdy znajdą pustostan to śpią pod dachem, inni pod gołym niebem.
Dzieci oprócz żebrania szukają dorywczych zajęć. Widać jak noszą węgiel drzewny, wodę, zakupy. Zamiatają przed domem. Wynoszą śmieci. Ile zarabiają? To zależy, jakich mają klientów. Jeśli zamożnych, to zarobią więcej. Chłopcy starają się dbać o swoich stałych klientów, bo wiedzą, że dzięki temu mają stały, codzienny zysk. Co piątek otrzymują chleb od muzułmanów, którzy tak wypełniają dobry uczynek wobec bliźnich. Do pomocy angażują się organizacje pozarządowe i kościelne.

Dzienne wsparcie

– Jak spotykam dzieciaki na ulicy, to mówię, żeby przyszli do ks. Bosko i wtedy porozmawiamy dłużej. Poznasz dzieci w podobnym wieku, zjesz ciepły posiłek. Przeważnie przychodzi stała grupa, kiedyś było 15 chłopców, teraz jest 30 – informuje ks. Tomasz. Do placówki salezjańskiej mają cztery kilometry, więc wyruszają wcześnie rano, żeby zdążyć na godzinę dziewiątą.

Na placówce chłopcy otrzymują codzienną pomoc. Mogą się umyć, zjeść posiłek, pouczyć i pobawić. Tu otrzymują namiastkę dzieciństwa, którą ktoś im wyrwał. W pakamerce trzymają otrzymaną szczoteczkę i pastę do zębów, mydło, ubranie na zmianę. Po przyjściu myją się, przebierają i piorą ubrania, które mieli na sobie. Przez dorywcze zajęcia uliczne i spanie byle gdzie, codziennie są tak brudni, że ludzie odsuwają się od nich. Chłopcy ulicy są świadomi swojej trudnej sytuacji i wyglądu, czują się gorsi, dlatego podczas zabaw na placówce nie podchodzą do tych „ładniej” ubranych.

Po porannej toalecie zaczynają udział w kolejnych częściach dnia. – Mają zajęcia z czytania i pisania, grają, biorą udział w katechezie, obejrzą kawałek bajki. Tak czas mija do dwunastej, a potem jest obiad. Po nim są już z innymi dziećmi, między innymi z chłopcami z Domu Magone – opowiada ks. Tomasz. Zajęcia kończą około godziny czternastej. W plastikowej torebce zabierają na wynos jedzenie. Przecież to, co zostało, nie może się zmarnować. Wieczorem zjedzą, nie pójdą spać głodni.

Nowy dom

Ks. Tomasz pokazuje jasny budynek, z zielonym dachem. Budynek Domu Magone został zbudowany trzy lata temu, ale chłopcom ulicy salezjanie pomagają już od dawna. Wcześniej spali razem z panem Bruno, opiekunem, w jego domu, a w ciągu dnia przychodzili do oratorium. Obok budynku, gdzie mieszkają chłopcy, znajduje się wieża ciśnień, studnia i panele słoneczne. Dzięki temu jest woda i prąd. – Chłopcy tutaj mają bardzo dobre warunki do życia. – Misjonarz uśmiecha się, bo los chłopców jest dla niego bardzo ważny. Ubrany jest w szaro-czarną kurtkę, bo w lutym bywa deszczowo. Wchodzi do domu i kieruje się na pierwsze piętro i pokazując palcem, wyjaśnia: – Tutaj są dwie sypialnie chłopców i łazienki.
Pod ścianami ustawione są w rzędzie piętrowe, drewniane łóżka. Poduszki i prześcieradła na każdym mają taki sam wzór – słoneczniki na niebieskim tle, a w nogach łóżek leżą beżowe koce. Prosto, czysto i schludnie. Chłopcy uczą się dbania o swoją przestrzeń.

Ks. Tomasz pokazuje jedno z łóżek. Tu śpi Tojo. Jego mama zmarła. Wtedy przygarnęła go kobieta, ale zaczęło im brakować jedzenia. W Kwietniu 2023 roku trafia do Domu Magone. Taty nie zna. Nikt nie jest pewny czy kobieta, która podaje się za babcie, naprawdę nią jest. Chłopiec kiedyś pokazał na mężczyznę i mówi: „To mój wujek”. A mężczyzna zaprzecza: „Dałem mu kiedyś jedzenie, przyczepił się do mnie”. Na początku łobuzował. Bił, przeklinał, wyzywał innych. Teraz jest lepiej. Może zaakceptował swój nowy dom. Uczy się w pierwszej klasie alfabetyzacji. Sukcesy? W pisaniu i czytaniu marne, ale umie już siedzieć w ławce przez całe zajęcia. Wcześniej wychodził w trakcie, strzelał z procy do ptaków, znajdował śrubki i coś nimi kombinował.

Po kilku krokach ks. Tomasz zatrzymuje się przy kolejnym łóżku i dzieli się kolejną historią chłopca: – Tu śpi jeden ze starszych chłopców. Kończy w tym roku szkole zawodową w dziale spawania. W tamtym roku zdezerterował, 23 grudnia poszedł. Po kilku tygodniach zobaczyli go chłopcy. ‘Wygląda strasznie’, opowiadali. Był zarośnięty, chodził w brudnych ubraniach.
Na szczęście wrócił i nadrobił zaległości. Obok śpi jeden ze zdolniejszych chłopców. Jako jedyny chodzi do liceum. Jego mama mówi, że jest prostytutką. Nie utrzymuje kontaktu z synem. A syn czeka, tęskni, nie potrafi poradzić sobie z poczuciem odrzucenia.

Przy kolejnym łóżku ks. Tomasz opowiada o tym, co odkrył pewnego dnia: – Któregoś poranka złapałem za poduszkę. Coś tam było, zdziwiłem się. Zobaczyłem, że to długopisy. Największym skarbem dla chłopca były kolorowe długopisy. Podobnie chowają zeszyty.
Inni trzymają pod poduszką perfumy czy wafelki. Dla nich to najcenniejsze przedmioty, które chronią przed kradzieżą. Wiadomo, że na ulicy nauczyli się wielu złych rzeczy. Niektórzy potrzebują więcej czasu, żeby do nich nie wracać.

Chłopcy teraz są w szkole lub mają obowiązki w domu. W sypialni, na górnym łóżku, leży tylko jeden chłopiec. Widać tylko część głowy Nomena. Zakrył się kocem. Ks. Tomasz podchodzi do niego. Rozmawiają kilka minut po malgasku. Dopiero potem misjonarz odwraca się i wyjaśnia: – Przez cały czas cierpi. Boli go. Ma problem z wyrostkiem. Dostał silne leki, ale nie przechodzi. Po pięciu dniach ma wizytę u lekarza. Skarży się już kolejny dzień. Boli go w każdej pozycji. Otumaniony jest przez leki. Lekarz powiedział, że kontrola za pięć dni. Czuwamy. Teraz jedziemy do stolicy i boję się, że wtedy coś się stanie. Ja szybko zareaguję, nie wiem jak inni.
Po kilku dniach lekarz robi dodatkowe badania, dzięki czemu chory otrzymał odpowiednie leki. Teraz już jest dobrze.

Zaczynając od nowa

Codzienność w Domu Magone wypełniona jest nauką, obowiązkami i zabawą. Życie toczy się tak jak w milionach innych domów, tylko tu mieszka więcej dzieci. Chłopcy podzieleni są na grupy i rotacyjnie wypełniają wyznaczone obowiązki. Jedni wstają wcześnie rano, nawet przed godziną piątą, żeby przygotować dla wszystkich śniadanie. Inni sprzątają, dbają o ogródek lub zwierzęta.
Wszyscy się uczą. Niektórzy dopiero zaczynają swoją przygodę z edukacją, bo wcześniej z powodu biedy lub braku domu, nie chodzili do żadnej szkoły. Dla nich powstała szkoła alfabetyzacji. Starsi zdobywają zawód, żeby mogli znaleźć pracę. Jeśli mają dobre wyniki, trafiają do liceum.
Po nauce i obowiązkach czas zabawę. Przed budynkiem ks. Tomasz pokazuje boiska. Chłopcy grają w piłkę nożną, koszykówkę lub bule. Właśnie kilku podopiecznych gra w koszykówkę. Wśród nich uwagę przykuwa chłopiec o imieniu Thierri. Na głowie ma zieloną czapkę z białymi paskami. Rzuca do kosza. Trafia i się śmieje. Widać, że ten czas na grze sprawia mu radość. Chłopiec od trzech lat mieszka w Domu Magone. Uczy się w trzeciej klasie gimnazjum. Lubi uczyć się języków obcych i gra na gitarze.

Trwa posiłek. Chłopcy nie spędzają tego czasu w jadalni, bo jeszcze zamierzają pograć. Stoją przed domem, obok boiska. Razem z nimi jest ks. Tomasz. To ten moment, kiedy można dowiedzieć się czegoś o podopiecznych, pogadać, pożartować, pokazać, że są ważni. Chłopiec w niebieskiej bluzie z apetytem je ryż z fasolą. Okazuje się, że Fanasina dojada też po innych. O, kolejna osoba przynosi mu talerzyk. Raz, dwa, trzy, cztery. – Ma siedemnaście lat i jest w ostatniej, czyli trzeciej, klasie szkoły alfabetyzacji w oratorium. Lubi piłkę nożną i rysowanie. Trafił do Domu Magone trzy lata temu razem z młodszym bratem – opowiada o chłopcu ks. Tomasz.

– Kto coś powie po polsku – zagaduje chłopców ks. Tomasz. Od razu słychać „Do widzenia”. Ktoś jeszcze mówi „Wesołych świąt”. „Dobrego dnia”, ośmiela się kolejny chłopiec. I nagle inny zaskakuje nas, gdy zadaje pytanie „Jak się masz?” i od razu odpowiada „mam się dobrze”. Ks. Tomasz dostrzega kogoś i wskazuje palcem, mówi coś po malgasku i chłopiec zaczyna liczyć po polsku „Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście… czterna, pietna”.

Kiedy noc nadchodzi, budzą się lęki

Nocami lęki, poczucie niepewności czy traumy wracają ze zdwojoną siłą. Budzą się i atakują serca chłopców, którzy doświadczyli nie tylko przemocy, lecz także odrzucenia. Potrzebują pewności, że mają swojego anioła stróża, który ochrania ich przed mrocznymi wspomnieniami i obroni ich, gdy będzie taka potrzeba. Choć tak naprawdę w głębi serca potrzebują po prostu obecności innych. Dlatego nawet w nocy jeden z opiekunów śpi w sali chłopców.

Czasami w nocy słychać szepty. Chłopcy rozmawiają między sobą o tym, co trudne, co boli, co odbiera im siły, co spotkało ich na ulicy. Wymaga to wielkiej odwagi. Upływa wiele tygodni, a nawet miesięcy nim zaczną o tym rozmawiać nawet między sobą. Z wychowawcami dzielą się swoimi mrocznymi przeżyciami w kuluarach, podczas rozmów między zajęciami, gdy zaufali i nikt inny nie usłyszy. Ile przeszli? Tego nie dowiemy się do końca nigdy.

– Chłopcy w Domu Magone pochodzą z różnych rodzin, czasami to rodziny rozbite. Mama wychowywała, nie dawała sobie rady. Kilku chłopców ma tylko starsze rodzeństwo i tylko oni się nimi interesują. Na ogół wszyscy mają kogoś, ale… – ks. Tomasz zawiesza głos – różnie bywa w relacjach. Nie są ich uczeni. Są poranieni, nie potrafią radzić sobie z emocjami. Często odpowiadają agresją wobec innych lub wycofaniem.
Potrafią wyjść z domu i siedzieć, gdzieś przez kilka godzin, nie jeść, nie brać udziału w zajęciach. Nie chcą wtedy z nikim rozmawiać. Są na nie, wobec wszystkiego i wszystkich. Co dzieje się w ich sercu? Sztorm emocji: odrzucenia, buntu, braku akceptacji, lęku, złości. Skoro rodzice nie chcieli ich i nie chcą nadal, to trudno im przyjąć, że ktoś inny tworzy dla nich dom. Ciężko czasami przyjąć miłość, gdy nie ma się fundamentów, które powinna dać rodzina. Do tego musieli radzić sobie przez miesiące lub lata na ulicy. – Na ulicy jest zasada, że rządzi silniejszy – dopowiada misjonarz.

– Najtrudniejszą rzeczą jest stworzenie środowiska wzrostu, takiego klimatu rodzinnego. Bardzo często tego nie doświadczyli – wyjaśnia.