Jacy są chłopcy z domu dziecka w Makululu? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Ola. Wolontariuszka opisała nam chłopców, których my wspieramy, a którymi ona od 5 miesięcy opiekuje się na co dzień.

 

Jacy są? Czy wystarczy powiedzieć, że niezwykli i pełni energii? Czy tacy jak miliony innych dzieci na całym świecie? Czy w Polsce nie ma ubogich dzieci, że trzeba szukać aż tak daleko? Pewnie nie tylko te, ale i wiele innych pytań rodzi się w głowach osób słyszących o dzieciach Afryki. Nie ma na to jednej odpowiedzi. Wszędzie tam, gdzie dzieje się niesprawiedliwość i krzywda, posyłani są ludzie gotowi pomóc. Można by powiedzieć, że tak „działa” chrześcijaństwo.
Pierwsze wrażenie spotkania z chłopcami to niekończące się „…give me, …give me pencil, give me rosary, give me something”.

Z czego to wynika? Czy to kwestia tego, że biały człowiek kojarzy się tu z pieniędzmi? Czy trudne doświadczenia zrodziły w nich takie poczucie krzywdy, że uważają, iż wszystko im się należy? A może przyczyną są lata spędzone na ulicy?
Niektórzy wyrzuceni z domów szybko musieli nauczyć się twardego i brutalnego życia ulicy. Kradzieży i żebrania o każdy grosz. „One kwacha, one kwacha, one kwacha” – powtarzane jak mantra. Tego są nauczeni. Żebrania o pieniądze na jedzenie dla siebie i swojej rodziny.

Bywają zaborczy i zazdrośni w zabieganiu o uwagę opiekunów nachalni. Niektórzy z kolei tak zamknięci i nieśmiali, że gdy złapię ich wzrok, to się tylko uśmiechają i odwracają głowę. Czasem sami wymierzają sprawiedliwość i trzymają porządek. Ci, którzy są starsi i mieszkają tu dłużej, tłuką po głowach młodszych stażem kolegów, gdy Ci źle się zachowują. Tak jak potrafią, dbają jedni o drugich.  Po swojemu, po męsku. Ci chłopcy bardzo szybko musieli dorosnąć. W pierwszym kontakcie ich zachowania są trudne do zrozumienia, mogą dziwić. Gdy się poznaje bliżej ich historie, wiele się wyjaśnia.

Jeden z chłopców opowiada, że gdy miał cztery miesiące, jego rodzice się rozwiedli. Matka wyrzuciła go, jak niepotrzebny worek ze śmieciami przed bramę i odeszła. Do domu zabrała go z powrotem babcia i to dziadkowie opiekowali się nim i jego młodszym bratem. Ojciec pił i bił. Chłopak w wieku 6 lat zaczął uciekać na ulicę, zabierał ze sobą również brata. Tam nauczył się kraść i żebrać. Otarł się o różne używki. W Ciloto bywa różnie, ale gdy pytam, czy chciałby wrócić do tego, co wcześniej patrzy na mnie ze zdziwieniem i się śmieje: „Jakbym w ogóle mógł chcieć tam wrócić?” Tak niedorzeczne wydało mu się to pytanie. Ma tutaj wszystko czego potrzebuje, drugi dom, jest otoczony troską, ma możliwość chodzić do szkoły. Jest tu też sporo obowiązków i pracy, przed czym na początku uciekał i czego bardzo nie lubił. Czy polubił? Chyba nie, ale już się przyzwyczaił.

Są… naprawdę pełni życia i radości. Z nietuzinkowym poczuciem humoru i bardzo wszystkiego ciekawi. Od wczesnego ranka słychać ich ożywione głosy. To zbyt mało powiedzieć, że po prostu rozmawiają, czasem poziom emocji, jaki osiągają w swoich dyskusjach, odpowiada temu na stadionie piłkarskim.

Po swojemu tłumaczą mi, co się dzieje, patrzą ufnie i przekonująco zapominając, że niezależnie od tego ile razy mi powtórzą i jak dokładnie wypowiedzą zdanie w icibemba…i tak nie zrozumiem. To im nie przeszkadza. Są bardzo kreatywni w tworzeniu nowych angielsko-bemba zwrotów, a czasem po prostu biorą za rękę i pokazują dokładnie, o co im chodzi.
Kochają piłkę nożną. Południowy upał ani ulewy pory deszczowej nie są w stanie ich zatrzymać w budynku, a mnie ogromną przyjemność, sprawia oglądanie ich wyczynów. Chłopcy podzieleni są na drużyny, każda z nich ma swoje stroje i co jakiś czas rozgrywamy lokalną ligę.  Na boisku panuje raczej chaos zamiast taktycznej gry, zdarzają się ostre wymiany zdań, ale ileż przy tym pozytywnej rywalizacji. W za dużych koszulkach grają nawet Ci najmniejsi. Na koniec wybieramy najlepszych zawodników.

Niezwykłe to obserwować, ich zmianę pod wpływem okazanego zainteresowania i poświęconego czasu. Chłopiec, który jeszcze trzy miesiące temu podczas wieczornej nauki spał pod krzesłami, jeżeli w ogóle dotarł do sali, dzisiaj sam przychodzi pokazać zeszyty i odrobioną pracę domową. Już nie muszę męczyć pytaniami o szkołę, bo sam zaczyna opowiadać. Drugi mały łobuz, który jeszcze nie składa liter, tak bardzo chce czytać, że przynosi książkę, otwiera i zaczyna recytować Litanie do Najświętszej Maryi Panny. To zna na pamięć, a przynajmniej początek. Zerka na mnie z uśmiechem na twarzy i sprawdza, czy go słucham.

Jak wiele znaczy tutaj czas im poświęcony i stworzenie bezpiecznego miejsca, gdzie mogą wzrastać i się rozwijać. Pod względem tych potrzeb są pewnie jak wspomniane miliony innych dzieci na świecie. Jednak każdy z nich to osobna trudna historia. Dramat jednego konkretnego dziecka staje się nagle centrum wszystkiego i nie da się go ominąć.

Chcę pomóc